Cyklinowanie po zalaniu – czyli drewno po traumie
Zalana podłoga to nie jest problem estetyczny.
To problem konstrukcyjny, wilgotnościowy i biologiczny.
Woda nie robi „chlup” i nie znika.
Ona wchodzi w drewno, w pióra, wpusty, w klej, w legary, w wylewkę.
I tam zostaje. Cicho. Na długo.
Dlatego pierwsze pytanie nigdy nie brzmi:
„Czy da się to wycyklinować?”
Tylko:
„Czy to drewno w ogóle jeszcze chce ze mną współpracować?”
Kiedy cyklinowanie MA sens
Cyklinowanie po zalaniu ma sens, jeśli:
zalanie było krótkotrwałe (awaria, nie powódź),
podłoga została szybko osuszona,
wilgotność drewna wróciła do normy,
deski nie stoją dęba jak fale na Bałtyku,
nie czuć zapachu stęchlizny ani pleśni.
Wtedy cyklinowanie:
usuwa zniszczoną warstwę,
wyrównuje drobne paczenia,
pozwala uratować to, co jeszcze żyje.
Kiedy cyklinowanie to oszustwo (choć wygląda ładnie)
Są sytuacje, w których cyklinowanie po zalaniu to ładny makijaż na złamaną kość:
drewno było zalane kilka dni lub tygodni,
deski się rozjechały, wybrzuszyły, popękały,
pod spodem siedzi wilgoć,
pojawiła się pleśń (czasem jeszcze niewidoczna),
klej puścił, a parkiet „pływa”.
Da się to wtedy wycyklinować?
Tak. Maszyna pojedzie. Lakier się położy. Będzie błysk.
Ale za:
3 miesiące,
pół roku,
pierwszy sezon grzewczy
podłoga wróci z pretensjami. I to z odsetkami.
Największy błąd po zalaniu
Największy błąd to pośpiech.
Drugi – „bo sąsiadowi się udało”.
Trzeci – „a pan mi to zrobi taniej, bez osuszania”.
Drewno po zalaniu potrzebuje:
czasu,
pomiarów wilgotności,
czasem osuszaczy,
a czasem… uczciwej decyzji o rozbiórce.
Cyklinowanie to ostatni etap, nie pierwsza pomoc.
Prawda, której nikt nie chce usłyszeć
Nie każdą podłogę da się uratować.
Ale każdą da się zepsuć jeszcze bardziej, jeśli ktoś obieca cud bez diagnozy.
Dobra decyzja po zalaniu nie zawsze jest tania.
Ale zła decyzja zawsze jest najdroższa – tylko rachunek przychodzi później.
